Mateusz Kryczka: "Nie ma indywidualności, jest zespół"
Autor: Michał Fronk, data publikacji: 06.11.2015 14:01
W Dolcanie od połowy 2012 roku, ale prawdziwą szansę w pierwszej drużynie otrzymał w tym sezonie. Zapraszamy na rozmowę z Mateuszem Kryczką.
Aleksandra Jarzynka: Jak trafiłeś do Dolcanu?
Mateusz Kryczka: Przed sezonem 2012/13 byłem zawodnikiem Hutnika Warszawa. Na krótko przed startem rozgrywek III ligi okazało się, że klub zostanie zdegradowany do B-klasy. Dolcan był już po kilku ligowych kolejkach. Zadzwonił wtedy do mnie trener Podoliński i zaproponował grę u siebie. Kluby szybko się dogadały i dołączyłem do nowego zespołu jeszcze w sierpniu. Smutny fakt, jakim była degradacja Hutnika zadziałał jednak na moją korzyść. Gdyby Hutnik miał wciąż występować w III lidze, zostałbym w nim i na pewno nie zrobił takiego postępu, jaki zrobiłem w Ząbkach.
A.J: Przez cały pierwszy sezon w Ząbkach, w meczach pierwszej drużyny zagrałeś tylko w jednym, ostatnim...
M.K: Ale cały czas byłem w tej pierwszoligowej drużynie, na zmianę z Maćkiem Humerskim siadałem na ławce rezerwowych, przeplatając to meczami w rezerwach, by wciąż być w rytmie meczowym. Dla każdego piłkarza najważniejsze jest to, żeby grać. Na treningach można doskonalić umiejętności, ale tylko w grze zdobywa się doświadczenie. Rezerwy grały wtedy w okręgówce. Wiadomo, że to co innego niż I liga, inny poziom piłkarski, inna presja. Ale to było mi potrzebne, nie da się nie grać pół roku, a potem stanąć nagle w bramce i dobrze ją „czuć”. Zadebiutowałem w meczu z GKS-em Katowice. Przegraliśmy 0:1. Pamiętam, że już w doliczony czasie gry trener Podoliński wysłał mnie w pole karne. Po rzucie rożnym oddałem strzał głową, delikatnie nad poprzeczką. Gdybym był pół kroku dalej to pewnie by to wpadło. Byłby niezły debiut.
A.J: Kolejną szansę otrzymałeś na jesieni 2013 roku w zremisowanym 0:0 meczu z Chojniczanką Chojnice. Był to zarazem ostatni twój mecz w sezonie 2013/14.
M.K: W zimie sezonu 2013/14, w trakcie okresu przygotowawczego do wiosny, broniliśmy w sparingach po równo. W styczniu mieliśmy zagrać z Legią. Rafał Leszczyński zmagał się niewielkim urazem. Miałem wtedy bronić, ale dzień przed meczem pojawił się problem z kolanem. Czułem kłucie. W sparingu z Legią ostatecznie nie zagrałem, wystąpił Rafał Leszczyński. Okazało się, że miałem jakiś kłopot z mazią w kolanie. W środę Dolcan wyjeżdżał na obóz, a ja w czwartek miałem przejść zabieg. Myślałem, że po dwóch, trzech tygodniach wrócę do treningów, ale niestety tak się nie stało. W kolanie zbierała się krew, miałem stan zapalny. Wszystko przeciągnęło się tak, że trenować ponownie zacząłem dopiero po trzeciej kolejce rundy wiosennej. Nie przepracowałem okresu przygotowawczego, odstawałem fizycznie od chłopaków. Wiosną grałem znów w drugiej drużynie. Trochę bolało mnie to, że nawet nie łapałem się na ławkę rezerwowych, tak jak miało to miejsce wcześniej.
A.J: Po odejściu Roberta Podolińskiego zespół przejął Marcin Sasal. Wcześniej oglądałeś plecy Rafała, a na początku sezonu 2014/15 stało się tak, że to on oglądał Twoje.
M.K: Na początku pracy z trenerem Sasalem, Rafał miał problemy z mięśniem. W sparingach broniłem ja i skoro trener na początku sezonu na mnie postawił, to musiałem prezentować się w nich dobrze. W pierwszej kolejce zagrałem od pierwszych minut, co było dla mnie ogromną motywacją do jeszcze cięższej pracy, by miejsce w bramce utrzymać.
A.J: Po dwóch kolejkach sezonu 2014/15 przytrafiła się jednak nieszczęsna kontuzja...
M.K: Po meczu z Arką mieliśmy wolniejszy dzień. Siedziałem wieczorem w domu i zasłabłem. Później przez cały tydzień męczyłem się na treningach. Nie chciałem odpuścić, bo czekałem na swoją szansę bardzo długo. W drugim meczu sezonu, z Widzewem, zagrałem, ale nie czułem się najlepiej. Trafiłem do szpitala, jednak tam nie znaleziono przyczyny mojego złego samopoczucia. Diagnozę postawiono dopiero po około pół roku, po wielu różnych badaniach, okazało się, że ostatecznie to tylko nadciśnienie, dobrano odpowiednie leki i teraz jest już w porządku.
A.J: W międzyczasie nastąpiła kolejna zmiana trenera...
M.K: Gdy wróciłem do treningów, naszym szkoleniowcem był już Dariusz Dźwigała, a trenerem bramkarzy Andrzej Woźniak. Po tym, jak Rafał Leszczyński wszedł w trzeciej kolejce i na jesieni dobrze się prezentował, automatycznie był numerem jeden na wiosnę. Trener Woźniak wciąż jednak dawał nadzieje. Mówił, że bardzo na nas liczy. Wszyscy ciężko pracowaliśmy na treningach i w końcu dzięki ciężkiej pracy dostałem szanse w ostatnich pięciu kolejkach ubiegłego sezonu. To był sprawdzian. Wiadomo było, że Rafał Leszczyński po tym sezonie opuści klub. Trener musiał na podstawie tych meczów zdecydować czy postawić na mnie lub Maćka Humerskiego, czy szukać innego bramkarza.
A.J: I musiał coś w tobie zobaczyć, bo zaufał ci i zrobił numerem jeden...
M.K: Po sezonie rozmawiałem z trenerem Woźniakiem, on przyznał, że mają zamiar na mnie stawiać. Razem z trenerem Dźwigałą widzieli we mnie potencjał. Z resztą, w Maćku Humerskim również, bo zaufali nam obu i nie chcieli nikogo sprowadzać.
A.J: 15 kolejek za Wami. Jak ocenisz swoją dyspozycję w minionych meczach?
M.K: W tym sezonie miałem i dobre i słabe występy. Staram się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Jak zdarzają się błędy, analizuję je i wyciągam wnioski. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będzie tak jak do tej pory, czyli to ja będę strzegł bramki Dolcanu. Jestem ambitnym człowiekiem. Chcę się rozwijać, iść do przodu. Czas pokaże, jak to się ułoży w dalszej części sezonu.
A.J: Dolcan zanotował do tej pory siedem zwycięstw, pięć remisów i tylko trzy porażki. Co stanowi o Waszej sile?
M.K: Żeby drużyna dobrze funkcjonowała, cała musi się bronić i cała atakować. My tak robimy i to w tym sezonie jest naszą największą zaletą. Każdy z nas wie co ma robić na boisku. Przez to, że cały zespół w momencie straty piłki zaczyna się bronić, ja też mam łatwiej. Mniej razy zmuszany jestem do interwencji. Nie ma indywidualności, jest zespół. Przez to jesteśmy też niezależni od kontuzji. Gdy wypadnie zawodnik z pola, na ławce czeka już tak samo wartościowy zmiennik. To, że mamy szeroką kadrę potwierdza też fakt, że trener Dźwigała często rotuje składem.
A.J: Obecnie zajmujecie trzecie miejsce w tabeli, która jest o tyle specyficzna, że będąc liderem i zaliczając dwie porażki, można wypaść nawet z pierwszej piątki, o czym sami się przekonaliście...
M.K: Liga jest strasznie wyrównana. Nie ma pewnego faworyta. Między pierwszym, a nawet dziesiątym miejscem w tabeli są bardzo małe różnice punktowe. W każdym meczu gra się o sześć punktów. I my chcemy je zdobywać. Każdy sportowiec trenuje po to, żeby osiągać sukcesy, więc będziemy mocno walczyć o Ekstraklasę.
A.J: W piątek zmierzycie się na wyjeździe z Arką Gdynia. Jak nastroje przed tym spotkaniem?
M.K: Arka to bardzo mocny rywal. Przed nami zresztą cztery ciężkie spotkania. Ale to z Arką będzie kolejnym z serii tych za sześć punktów, bo mają tyle samo punktów, są gorsi tylko bramkami. Jeśli wygramy, odskoczymy im. Dołożymy w piątek wszelkich starań, by to zrobić.